., Krótkie HIstoryjki z podróży.

Wycieczka do Zabrza, filmik z dog frisbee.

Od razu dam link do filmiku na poczatek, jakby komuś nie chciało się tego czytać.

Wreszcie. Zrobiłam swój pierwszy filmik! To znaczy zrobiłam już kilka filmików komórką byle jakich treningów lata temu, a w sumie taka ostatnia produkcja na wielką skalę to był filmik z muzyczką z Psychozy gdzie mój pies pojawia się niespodziewanie w każdym kolejnym miejscu mieszkania, jakieś 8 lat temu i wymagał on rzeczywiście grubszego montażu i przemyślenia w ciągle zacinającym się programie windows movie maker. 

Tym razem pojechałam grubo, bo był gimbal, normalny aparat i wszystko tak jak należy. Jest bardzo dużo rzeczy, które moglam zrobic lepiej i mam lekcję na przyszłość. Nie miałam zupełnie planu co nagrywać jedynie szlachetne i wzniosłe idee w głowie jak obiektyw 25mm i bycie bardzo blisko, ujęcia od dołu i ujęcia jednego tricku z różnych kątów i w ogóle sceneria była taka, że trzeba było uważać żeby nie pokazać baraku albo góry gruzu (chociaż szkoła dla psów Madzone to wspaniałe miejsce i jakbym miała do wyboru ogrzewaną halę w stylu skandynawskim  i Madzone to bym wybrała Madzone. Nawet nie przeszkadzałby mi smog i zapach palonego węgla, bo drzewa naokoło dobrze izolują. To miejsce trafiło wyjątkowo w mój gust, bo jest tam dziwny budynek wyglądający jakby mieszkali tam na dziko cyganie, taki trochę barak, w którym Patka ponakładała na wewnętrzne ściany różnorakie pastelowe odcienie farb, są kolorowe zabawki dla psów, wykładzina, nawet łóżko, wszystko jest jak z Ikei i bardzo przytulne, ale jednak w po-cygańskim baraku. Na zewnątrz duży plac do ćwiczeń z przeszkodami agility, śliczne ławeczki i kolorowe eco pufy, a to wszystko w otoczeniu nierówno rozlanego na ścieżce betonu, góry gruzu i kolejnego baraku, jakichś zarośli, a z tyłu jakby tajemniczy las (wyobrażam sobie, że prowadzi do jakichś starych pgrów). Ah ciągle pamiętam jak Patka dopiero się tu urządzała i segregowała gruz, odpady i kości zwierzęce, którymi poprzedni właściciel karmił pilnujące terenu psy. Co tam było wcześniej? Wulkanizacja? Hurtownia blachodachówek i armatury łazienkowej Sielxia2000? Miejsce to kojarzy mi się ze słowami takimi jak przytulnie, spędzenie czasu z przyjaciółmi na dworze, rekreacja, ale także cyganie, gruz, pgr, barak. Nie mogło trafić się lepsze połączenie dlatego to miejsce jest idealnie w moim guście i osobiście wybrałabym je przed ogrzewaną halą za milion euro, w skandynawskim, nudnym lesie. )

Jeśli chodzi o aspekt podróżniczy, to nie byłam nigdy w Zabrzu i sprawy, które zauważyłam to na plus: ludzie są bardziej życzliwi niż w Warszawie, ale oczywiście statystycznie rzecz biorąc miałam za małą grupę docelową do testów. Z rzeczy już mniej przyjemnych: jebie jak u mnie w drodze na działkę na wsi gdzie sąsiedzi pala kolejno węglem zmieszanym z butelkami, starymi kaloszami i oponami. Wysiadłam z pociągu w Zabrzu i pomyslałam “coś się tu paliło przed chwilą?”  i jakaś taka lekka poświata dymna, jaki filtr- mgiełkę nałożono. Jednak to było nic w porównaniu do tego jak wracałam o 15 i podobno wtedy ludzie wracają z pracy i palą w piecach. To ja się zastanawiałam czy po tej godzinnej powiedzmy wędrówce po Zabrzu to będę miała w domu wieczorem plwocinę z płuc zbroczoną czarnymi niteczkami węgla. 

Moja historię dojazdu do Madzona opisałam na grupie “pozamiatane. chujowa pani domu po godzinach”, zupełnie nowo odkrytej, mój post i dostał ponad 600 lajków i bardzo dużo komentarzy, więc gdyby szczęście liczyć w lajkach to ja bym mogła się już spakować i umrzeć spełniona. Dlatego myślę, że Ci których moja wielka sława na tejże grupie jakimś dziwnym trafem nie dosięgła, posłuchają chętnie tej historii pełnej zwrotów, zawirowań i nieszczęść, a ja mogę wpis zaklasyfikować nawet do krótkich historyjek z podróży, gdzie wyznacznikiem jest jak wiadomo dowcip sytuacyjny. ha ha ha. 

Otóż… do Zabrza jechałam pociągiem normalnym zupełnie nie wiem jakim, taki co był w rozsądnej ceni o idealnej porze. Mogłam sobie nawet pospać. w Katowicach miałam się przesiąść do Zabrza, miałam jakieś 10 minut, i tu już zaczęły się schody, bo mojego pociągu w ogóle nie było na tablicy, na peron, który był wydrukowany na bilecie przyjechało coś innego i zapytałam jakiejś randomowej pani na peronie czy tu będzie pociąg do Zabrza, to powiedziała że one zawsze odchodzą z peronu innego, pobiegłam tam więc i był to pociąg podmiejski i musiałam kupić dodatkowo bilet, co chyba oznacza że mój pociąg się nigdy nie pojawił, nie istniał albo był opóźniony godzinę.

Jednak w drodze powrotnej dopiero sytuacja rozkręciła się na dobre. Dodam tylko, że miałam ze sobą mój plecak 75l załadowany po brzegi sprzętem foto, gimbalem, 3 obiektywy, aparat, jakieś jedzenie, ubrania na zmianę i wszystko to ważyło z 15kg (no dobrze w Izraelu nosiłam i 30kg, ale umówmy się, ze wtedy byłam w formie, młoda i silna i powietrze jednak nie powodowało astmy). Więc ledwo zdążyłam na pociąg do Katowic, wysiadłam chyba źle albo wzięłam zły tramwaj, bo musiałam jakieś 10 minut poświęcić na dojście więc wychodziło mi, że muszę pobiec z tym całym ekwipunkiem. Ledwo wpadłam do pociągu, oczywiście trzeba było dopłacić 5zł do biletu bo się go nie kupiło w kasie, ale cóż to 5 zł wobec tego co stało się później, jaka naiwna byłam. 

Nie zdziwię nikogo, jeśli powiem, że pociąg z Katowic do Warszawy był opóźniony. Sama nie byłam zdziwiona, bo odkąd postawiłam nogę na dworcu centralnym słyszałam tylko komunikaty o opóźnieniach. Było trochę zimno i zdałam sobie sprawę jaka jestem zmęczona, po kilku godzinach nagrywania na zewnątrz, po wstaniu o 5 rano i jeździe pociągiem do Zabrza. Pociąg się spóźnił chyba łącznie trzy razy po 15 minut, ja siedziałam z głową skulona w siebie, do środka aby maksymalnie uniknąć przeszywającego mrozu i jak ją podniosłam, to się okazało, że peron jest zajebiście wypełniony ludźmi, nie może jak w Indiach, ale zajebiście. No i tak mi coś mignęło, korelacja jakaś, łączenie faktów, dodanie dwa do dwóch, że jak kupowałam bilet przez aplikację to mówili, że nie ma już miejsc, ale i tak można było kupić bilet, więc jak źle może byż, no jak?Przecież to 2018 rok, gonimy Niemcy i Skandynawię, wręcz depczemy im po piętach swoją unioeuropejskością, to nie 2005 jak się jechało pociągiem tlk słoneczko na Hel, przez Władka, siędząc 8h w kiblu z pięcioma innymi osobami. Przecież nie może być aż tak źle, jak się ci ludzie rozproszą po całym bardzo długim pociągu to się wszyscy zmieszczą, a dla mnie będzie wygodne krzesełko wysuwane ze ściany na korytarzu i wszystko będzie dobrze. NIe było. Ludzie się nie zmieścili, nie rozproszyli, a my nie depczemy po pietach Niemcom i Skandynawom. Było tak, że ja się dopchałam z ta moją żółwią skorupą 15kg na plecach gdzieś pod kibel, przed nami wagon warsu, który juz też powoli się zapełnia po brzegi. Skoro Wars się zapełnia no to już przejebane, nie ma ucieczki. Ale jeszcze doszły jakieś osoby i na następnej stacji kolejne i stałam tam przygarbiona, smutna, wdychając zapach toalety zamiast smogu razem z jakimiś 10 innymi osobami w tym miejscu naokoło kibla. Chociaż jest jakiś postęp standardów unijnych traktowania ludzi przyzwoicie i niehaniebnie w pociągach względem roku 2005, mianowicie przynajmniej kibel był niezasiedlony i okazjonalnie ktoś mógł z niego skorzystać jak mu się udało przepchnąć. Chciałam zdjąć plecak, ale się nie udało, bo nie miałabym gdzie stać i mogłabym jeszcze zranić nim, jak młotem kogoś kto sobie przysiadł na schodkach. Doszła do mnie smutna prawda, że jeszcze tylko 3 godziny czy tam 3,5 stania z plecakiem i miałam małe załamanie nerwowe ze zmęczenia i zimna i postanowiłam, że opuszczam pociąg na następnej stacji, że jebać biedę, pieniądze, że wszystko mi juz obojętne i YOLO, po prostu musze usiąść i pójść spać. Los chciał, że następną stacją był Sosnowiec, czego się trochę obawiałam, bo jak to każdy się śmieje z Sosnowca, a ja akurat tu przez przypadek musze opuścić pociąg, przypadek? Razem ze mną wysiadł jakiś młody turysta przeklinający na całą sytuacje po angielsku. No i poszłam do kasy i Pani mówi, że jest tylko jeden pociąg przez najbliższe dwie godziny i to jest pendolino, którego chciałam uniknąć ze względu na cenę 150zł jak kupowałam swój bilet na tlk za 60 cebulionów. Mówię, no trudno, co zrobić, a ona na to, ojej, niestety nie ma już miejsc, tylko kilka w pierwszej klasie. W pierwszej klasie! a za ile? a za jedyne 260zł… No dobrze trudno, co zrobić. Pani jeszcze była tak miła i wypisała mi coś, że może mi oddadzą jak ładnie poproszę za ten bilet na poprzedni pociąg te 60zł, dzięki czemu prawie spóźniłam się na moje pendolino pierwsza klasa, wagon numer jeden. To idę na początek do wagonu pierwszego, przyjeżdża pociąg, wchodzę do cichego, grzecznego, eleganckiego i przestrzennego luksusu pociągu pendolino w pierwszej klasie, rozkładam się, otwieram książkę, przynosi Pan herbatę, co prawda nie doczekałam się na pana z jedzeniem, które podobno dają w pierwszej klasie w cenie biletu, ale przecież mnie jakby co obudzą. Zasypiam sobie, ogrzana ciepłem z unijnych kaloryferów potem się budzę, korzystam z darmowego internetu, jeszcze tylko 45 minut do Warszawy i przychodzi Pan konduktor sprawdzić bilety. I patrzy sobie na mój i mówi, ” ale Pani ma bilet w pierwszej klasie, a to jest druga klasa”. To było, mówię Wam, jakby wymierzył mi policzek goła dłonią bez rękawiczki. Podobno jest więc tak, że wagon numer jeden wcale nie jest na początku tylko na końcu i że jeden to nie znaczy to samo co pierwszy. Powiedział jeszcze “niech Pani zajdzie do Warsu i pokaże bilet to dadzą Pani CHOCIAŻ jedzenie” i uśmiechnął się z wyrazem twarzy takim pobłażliwym, opiekuńczym i współczującym jakby poklepywał mnie po ramieniu na pocieszenie. A z Warsu przychodzi do mnie prawdziwy kelner z menu a tam sałatka grecka, jakaś galantyna, galaretka, kurczak, nóżki! Wszystko brzmiało tak pięknie. To ja sałatkę grecką poproszę. ahh miałam nie jeść nabiału, ale jak za darmo w cenie biletu to życie jest za krótkie na wyrzeczenia. A jakie tam luksusy, ludzie zamiast z laptopami Acer jak w klasie drugiej maja macbooki i wszyscy są jeszcze bardziej cisi i szanujący drugiego pasażera prywatność jak w Niemczech. Nawet wyglądem gonią Niemców z drugiej klasy pociągów dalekobieżnych (nie wiem nic o pierwszej klasie, bo nie byłam). Zjadam sałatkę i staram się nie rozbabrać sosu na tacy i robić to wszystko cicho, żeby nie szeleścić bo tu poważni biznesmeni pracują naokoło, załatwiają poważne interesy, chowam brudną kurtkę i wielki plecak już na wejściu do wagonu, żeby też nie było, że walizki nie mam. I płynę zatopiona w falach luksusu ostatnie pół godziny aż do Warszawy Centralnej. 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *